Samouk i płonące organy
Michał Kozłowski to skromny i cichy 22-latek. Rano ma zazwyczaj sporo czasu, chyba że wypada mu pogrzeb – wtedy musi iść grać. Wieczorne msze to norma, za wyjątkiem środy i czwartku kiedy to uczy się w szkole policealnej. W niedziele i święta gra na każdym nabożeństwie. Można go posłuchać w kościele Ducha Świętego w Bielawie. Gra tam już prawie dwa lata. Parafianie chwalą jego grę.
Na początek „Dobry Jezu”
Kiedy był dzieckiem, mama kupiła mu na targu pierwszy instrument. – Tak naprawdę to były zabawkowe organki. Bawiłem się nimi, coś tam brzdękoliłem – opowiada Michał Kozłowski. W tym czasie był ministrantem w kościele. Grając na swoich pierwszych organkach zagrał pieśń „Dobry Jezu”. – Sama wyszła. Musiałem mieć ją w głowie. Próbowałem różnych dźwięków i udało się. Pomyślałem sobie, że chciałbym nauczyć się grać ją z nut – mówi.
Z pomocą przyszedł wujek Witold Czajka, organista w dzierżoniowskiej parafii Królowej Różańca Świętego. Michał cierpliwie słuchaj jego wskazówek.
Ale na nic zdałyby się najlepsze lekcje, gdyby nie miał, na czym ćwiczyć. Tu pomógł Marcin Kutny, nauczyciel muzyki w dawnym Gimnazjum nr 2, do którego chodził Michał. On użyczył mu keyboard, na którym chłopak wreszcie mógł zacząć ćwiczyć.
Dwa pogrzeby i wesele
Kiedy chodził do szkoły zawodowej, zaczął grać raz w tygodniu na cmentarzu w Dzierżoniowie, podczas porannej mszy. Dziś traktuje to, jako okres próbny. – Dowiedziałem się, że w Bielawie potrzebny jest organista. Pojechałem na rozmowę, ale okazało się, że to nieaktualne. Za to ksiądz skierował mnie do Ostroszowic – opowiada Michał Kozłowski. Zagrał na próbę na jednej mszy i tak już został, grając przez kolejne trzy lata.
W Bielawie gra od dwóch lat, a od pewnego czasu występuje także na zastępstwie w parafii Bożego Ciała – gra na pogrzebach i ślubach.
- Pamiętam pierwszy pogrzeb, na którym grałem – opowiada. – Serce biło mi mocno, byłem przejęty. W końcu to nie jest radosna okazja. Teraz podchodzę do tego normalnie – dodaje. W dniu, w którym rozmawiamy, czeka go granie na dwóch pogrzebach.
- Czasem znajomi się ze mnie śmieją, że całe święta i niedziele spędzam w kościele, zamiast w domu z rodziną. Ale ja się już do tego przyzwyczaiłem. Na tym polega moja praca. Lubię to – mówi.
Zgrać się z księdzem
Michał Kozłowski z kościołem związany jest od małego. Po okresie, gdy był ministrantem, został lektorem. Od pięciu lat regularnie gra jako organista. – Kiedyś chciałem być księdzem – przyznaje. – Byłem nawet w zakonie, ale tylko dwa miesiące. Nie spełniałem się w tym, wszystko było inaczej, niż sobie wyobrażałem. Zrezygnowałem także dlatego, że musiałem pomóc mamie i babci.
Dziś uczy się w szkole policealnej na technika BHP, ale myśli także o ratownictwie medycznym, bo chce pomagać ludziom. Ale z pracy organisty kościelnego nie zamierza rezygnować. – Praca musiałaby być taka, żebym mógł te godziny jakoś dopasować do siebie – mówi. Nie rezygnuje też z myśli o duchowieństwie – może jeszcze kiedyś wstąpi do seminarium.
Najtrudniejszym elementem gry na organach, jak sam przyznaje, jest dla niego harmonizacja. Dotychczas grał akordami, ale teraz postanowił się nauczyć także jej. - Trzeba też wyczuć księdza, który śpiewa na danej mszy, żeby grać w jego tonacji – mówi.
Dlaczego ludzie nie śpiewają?
Bo nie potrafią. Bo się wstydzą. Bo nie lubią. Powodów jest wiele. Michał podczas mszy w kościele Ducha Świętego przed każdą pieśnią podaje jej numer w śpiewniku. Młodsze osoby nawet po niego nie sięgają.
- Przyznam, że w Ostroszowicach ludzie bardziej włączali się w śpiew. Może dlatego, że mieli tam slajdy? – zastanawia się Michał Kozłowski. – Slajdy są lepsze. Ze śpiewnikami jest zawsze pewien problem. Podaję numer pieśni, a niektórzy i tak myślą, że chodzi o numer strony. Niestety, w tym kościele nie ma gdzie zamontować ekranu.
Płonące organy
Michał od gimnazjum codziennie gra po kilka godzin dziennie. Zaczął od pieśni kościelnych, później miał krótki epizod z discopolowymi piosenkami. – Jakbym miał nuty, to bym zagrał, ale nie bawi mnie to. Wróciłem do pieśni kościelnych – mówi. Jak sam przyznaje, jego ulubione to pieśni wielkopostne, smutne, grane w tonacji mollowej. – Wolę ten nastrój zadumy – wyjaśnia.
Ale jak tu się rozmodlić i zadumać, gdy organy stają w ogniu? Dziś wspomina to ze śmiechem: - Na pewnej mszy w lutym zdążyłem zagrać tylko jeden utwór i zobaczyłem, że z organów leci dym. Wyłączyłem je szybko, bo bałem się, że będzie pożar w kościele. Ludzie nie wiedzieli, czemu przestałem grać. Okazało się, że w gniazdku zrobiło się spięcie. Trzeba było później wymienić kabel.
Michał lubi grę na tych organach. Nie należą do największych, ale to i tak łącznie 80 piszczałek. Nauczył się ich i czuje je. Tremę ma tylko czasem, gdy gra w innych kościołach. – Na początku trzęsą mi się ręce, ale zazwyczaj szybko się przyzwyczajam do nowego instrumentu – mówi.
Ale nawet gra na dużo mniejszych organach jest ważna i daje satysfakcję. Bo największą radość Michałowi daje granie na chwałę Pana.
Zobacz także:

















Komentarze
zgrany duet. Często przeze mnie przechodzą ciarki gdy jestem na mszy.
Kto nie wierzy to niech przyjdzie do kościoła to się przekona.Odbywają się teraz "majówki" o 17.30.
proszę przyjść 5 minut przed mszą do zachrystii lub bezpośrednio po mszy poczekać aż p. Michał zejdzie z galerii i
zagadać.ŻYCZĘ udanych negocjacji i samych radosnych przeżyć na nowej drodze życia!!!!!
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.