Dzisiaj jest niedziela, 20 maja 2012 r. 141 dzień roku.
Imieniny: Aleksandra, Bazylego.
Reklama
Reklama
Reklama

Leonard Cohen - Live At The Isle Of Wight 1970

Leonard Cohen Dla kogo ten album? Leonard Cohen wydał właśnie na płycie swój koncert z czasów, gdy dinozaury chodziły jeszcze po ziemi.

Jest dziwnie od samego początku. W tamtych czasach, z powodów technicznych niezbyt często nagrywało się koncerty (nie to, co teraz). Płytę studyjną dużo łatwiej było nagrać, natomiast wykonania na żywo miały pod górkę. Ale zdarzały się też występy, które ktoś nagrywał, choć początkowo wcale nie miały ujrzeć światła dziennego. Leżały potem kilka dekad w jakimś zakurzonym magazynie i nikt nie chciał o nich pamiętać.

Leonard Cohen po prostu musiał sięgnąć po to nagranie z roku 1970. Ten słynny pieśniarz wciąż jeszcze odpracowuje straty, jakie przyniósł mu kontrakt z nieuczciwym menedżerem. Oszust dobrych parę lat temu zostawił go bez pieniędzy, jako całkowitego bankruta. Co robi prawdziwy mężczyzna w takiej sytuacji? Oczywiście łapie za… gitarę i zaczyna od nowa.

Kilka jego ostatnich tras koncertowych było obliczonych na odbicie się od finansowego dna. Dziwi mnie więc wydanie nagle koncertu sprzed czterdziestu lat, bo nie jest on w stanie zarobić dla swojego pana.

Leonard Cohen – dziś to starszy, elegancki pan, wiecznie smutny, który parę lat temu utworem (bo przecież słowo „hit” nie byłoby w tym przypadku na miejscu) „In My Secret Life” szturmował listy przebojów. Cztery dekady wcześniej był natomiast… eleganckim, wiecznie smutnym panem, tyle że z długimi włosami i o czterdzieści lat młodszy. Nie było jeszcze tego głębokiego, znanego dziś chyba każdemu głosu. Wtedy jego maniera wokalna przypominała po prostu sposób śpiewania Boba Dylana, do którego zresztą nieustannie go porównywano.

Dlatego dziwi mnie wydanie tego albumu teraz, gdy mało kto będzie umiał docenić jego walory. O technicznym się nie rozpisuję, bo brzmienie płyty jest nienajlepsze. Walor artystyczny? A któż dziś pamięta te utwory? Owszem, świetnie słuchało mi się „Famous Blue Raincoat” i „Diamonds in the Mine”, ale to przecież zapomniane kompletnie utwory. Chyba możemy więc mówić tylko o wartości historycznej i za nią płytę warto docenić.

Były przecież kiedyś takie czasy, gdy uciekano od materializmu, głoszono hasła miłości i przeciwstawiania się wojnie, a na koncertach czasem wiało nudą, a i tak przychodziło na nie mnóstwo osób.

Leonard Cohen „Live At The Isle Of Wight 1970”, Sony Music.


   
 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Nasi partnerzy:

statystyki