Heavenly - Carpe Diem
Piąty album Heavenly to nadal nadęta i patetyczna, ale za to diabelnie melodyjna muzyka. Tak melodyjna, że momentami wręcz obciachowa. No bo co to za metalowcy, co śpiewają piosenki, a my je potem nucimy cały dzień?
W gruncie rzeczy od czasu klasyków tego nurtu ciężkiego grania, czyli Helloween, wiele się nie zmieniło. Tempa za bardzo nie można było podkręcić, bo ile może wytrzymać perkusista walący w bębny z prędkością karabinu? Pozostało wymyślać kolejne gitarowe solówki i refreny, które od razu porwą tłumy fanów.
Przyznam, że kiedy 10 lat temu słuchałem płyt Rhapsody, to ich muzyka nie różniła się niczym od tego, co dziś proponują nam panowie z Heavenly. No, może jednym szczegółem… Chłopaki przed wejściem do studia nagraniowego musieli się nasłuchać płyt zespołu Queen, bo wiele solówek na „Carpe Diem” jest nimi wyraźnie inspirowanych.
Dla kogo ta płyta? Ja po paru przesłuchaniach odstawiłem na półkę. Było fajnie, ale przecież każdego tygodnia trafiam na lepsze nagrania, więc po co miałbym wracać do tego albumu? Zabrałbym go do słuchania w aucie, bo wydaje się stworzony do szybkiej jazdy, ale przecież nasze drogi są dziurawe. No i inni kierowcy by się ze mnie śmiali. Mam wrażenie, że za 10 lat, gdy sięgnę po jakąś płytę zespołu power metalowego, będzie ona brzmiała identycznie jak „Carpe Diem”. Fanom tego gatunku najwyraźniej to wcale nie przeszkadza.
Na koniec dwie rzeczy, na które warto tu zwrócić uwagę. Po pierwsze – zawsze fajnie jest wysłuchać innej wersji „Ody do radości”. W wykonaniu panów z Heavenly jest ona naprawdę radosna. Po drugie – płytę warto mieć w swojej kolekcji dla samej okładki…
Heavenly „Carpe Diem”, AFM.

















