Jane Casey - Spalone
Palacz, jak o nim mówią dziennikarze, nie popełnił dotąd żadnego błędu. Zamordował cztery kobiety, a w jego działaniach trudno się dopatrzyć jakichś konsekwencji. Ofiary nie były ze sobą powiązane, miejsca zabójstw były od siebie oddalone. Detektywi mogą się zdać tylko na żmudną pracę, która wcale nie musi przynieść pożądanych efektów.
Detektyw Maeve Kerrigan jest właśnie takim przykładem skrupulatnej pracoholiczki, która nie odpuści żadnego tropu i przepyta wszystkich ludzi, mogących być potencjalnymi świadkami lub znali ofiary. Kiedy ginie piąta kobieta, Kerrigan natychmiast zjawia się na miejscu zdarzenia. Później rusza do rodziny ofiary ze złymi nowinami.
"Spalone" to thriller o tyle ciekawy, że wprowadza pewien niepokój. Na zmianę obserwujemy bowiem losy policjantki oraz najbliższej przyjaciółki ostatniej ofiary, którą owa detektyw musi przesłuchać. Już samo to powoduje, że czytelnik zadaje sobie pytanie "dlaczego akurat ona?" i szuka w niej winy. Tymczasem szereg rozmów mających pokazać, jaka była i jak żyła ofiara odkrywa wiele niewygodnych prawd. Czy ona komuś zagrażała, czy jej śmierć była wynikiem nieszczęśliwego splotu zdarzeń?
Jak zwykle w takich przypadkach autorka nie ustrzegła się przed pewną kliszą wiecznie obecną w powieściach tego gatunku - przełożonym policjantów, który jest po prostu zadufanym palantem utrudniającym wszystkim pracę (czekam wciąż na thriller, w którym szef zespołu gliniarzy będzie fajnym facetem, który lubi swoich pracowników i jeszcze im pomaga w śledztwie). Na szczęście przełamała ten schemat wprowadzając postać komisarza, którego każdy darzy szacunkiem i... chce jak najlepiej przed nim wypaść. Policjanci starający się dla samego faktu, że szef uznał ich trud, to już pewna nowość.
Żeby nie było, że narzekam - polecam, bo "Spalone" to dobra i mocna lektura. Taka, jak lubię.
Jane Casey "Spalone", Prószyński i S-ka.
















